29 stycznia 2017

9 Kołysanka

Wiem, że obiecałam rozdział do końca roku, a tymczasem kończy się już styczeń następnego, ale tak się złożyło. Tak jak wspominałam, przygotowuję się do matury i pewnie ktoś pomyśli, że gdybym bardzo chciała, to nie musiałabym używać tej wymówki, ale z moim charakterem jednak jest ciężko pogodzić naukę i pisanie. Cóż, za trzy miesiące wszystko powinno wrócić do normy.
Mam wrażenie, że zaczyna brakować mi pomysłów na to opowiadanie, ale mam już opracowane zakończenie, do którego chcę dojść i jestem zmotywowana, żeby to zrobić, nieważne, co będzie po drodze. Będę traktować to jako doświadczenie niezbędne do tego, by kolejne opowiadania - w tym podobne do tego - były lepsze.
Nie przedłużając - zapraszam. :)



Och, chodzisz spać samotnie
A każdego dnia budzisz pośród natłoku myśli
I przeraża cię wizja samotności



     Druga połowa lipca była dla mnie okresem przyzwyczajania się do urzędowej pracy. Określenie „dziewczyna na posyłki”, jakie przyszło mi do głowy podczas rozmowy z Goebbelsem w sprawie pracy było całkiem trafne. Chociaż zdecydowaną większość mojego czasu spędzałam w Ministerstwie Propagandy, kursując pomiędzy gabinetem Goebbelsa oraz małym pokojem znajdującym się na tym samym piętrze co gabinet ministra, otrzymanym – o dziwo – na własność, moim zadaniem było również przekazywanie dokumentów do Kancelarii Rzeszy. Ich adresatem był zwykle sam Kanclerz, co zmartwiłoby większość osób znajdujących się na moim miejscu, natomiast mnie uspokajało. Hitler był najważniejszą osobą w państwie, ale jednocześnie jedną z niewielu osób, które zdążyłam poznać. Wiedział, kim jestem, i spodziewałam się, że będzie dobrze mnie traktował. Moja intuicja od początku nie zawodziła – za każdym razem witał mnie uśmiechem i miłymi słowami.
     Zwieńczeniem miesiąca było zajęcie nowego lokum. Po trzech tygodniach życia w klitce, którą ciężko było nazywać mieszkaniem, przyzwyczaiłam się do tego zarówno ja, jak i Walter, jednak oboje przyjęliśmy z ulgą wiadomość o przeniesieniu. W ostatnim dniu miesiąca spakowaliśmy nasze torby, każde po jednej, i opuściliśmy kamienicę, przed którą czekał na nas inny esesman, zupełnie różny od Waltera – był niższy, miał o ton ciemniejsze włosy i karnację oraz ciemne oczy. Stał oparty o zaparkowany tuż obok samochód; na nasz widok jego twarz rozjaśniła się, a na ustach pojawił się uśmiech, co pozwoliło mi sądzić, że z Walterem łączyły go bliższe relacje, jednak przywitali się jedynie przez podanie ręki. Ujął również moją dłoń, którą ucałował, sprawiając, że na moje policzki wypłynął rumieniec – mimo wyraźnej sympatii, jaką darzyli mnie ludzie wokół, wciąż nie potrafiłam przyzwyczaić się do uprzejmości ze strony całkiem obcych osób. Gdy chował nasze torby do bagażnika, Walter otworzył jedne z drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Podziękowałam i usadowiłam się na tylnym siedzeniu. Mój opiekun obszedł pojazd i usiadł obok mnie, podczas gdy nieznajomy esesman zajął miejsce za kierownicą.
     Nastawiałam się na dłuższą podróż, jednak trwała ona jakieś dwie minuty. Przebyliśmy jedynie kilka ulic. Zdziwiłam się, że specjalnie po to przysłano dla nas samochód. Przy wysiadaniu nie omieszkałam o to zapytać.
     – Takie otrzymałem rozkazy – odparł esesman. – Według władzy to nie wypada, aby taka osoba jak ty musiała przemieszczać się na piechotę przy przeprowadzce. Poza tym – dodał, podając Walterowi kluczyki – od teraz ten samochód jest wyłącznie do waszej dyspozycji. Mogłem przekazać go wam przy okazji.
     – Nie potrzebujesz go? – zapytał Walter.
     – Jestem w patrolu niedaleko stąd, zostałem zwolniony ze służby tylko na chwilę. Szybko dotrę tam pieszo.
     Skinął nam głową na pożegnanie i odszedł w swoim kierunku. My natomiast weszliśmy do kamienicy, przed którą się zatrzymaliśmy. Zdążyłam dowiedzieć się,że nowe mieszkanie ma numer trzeci i znajduje się na pierwszym piętrze, jednak nie wiedziałam, co znajduje się za drzwiami, przed którymi stanęliśmy po chwili. Walter odnalazł w kieszeni płaszcza klucz, który nawet nie wiem, kiedy otrzymał – wciąż wiele rzeczy działo się za moimi plecami, nawet gdy dotyczyły elementu mojego życia – i przekręcił go w zamku.
     Metraż mieszkania przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Składały się na nie dwa spore pokoje sypialne, mniejszy od nich gabinet, łazienka, kuchnia oraz, oczywiście, przedpokój, a wszystko to w pełni umeblowane – do dokończenia tego obrazu brakowało tylko ubrań schowanych w szafach czy pozostawionych w przedpokoju. Po wstępnym rozejrzeniu się zsunęłam marynarkę z ramion i powiesiłam na wieszaku przy drzwiach wejściowych. Kątem oka zauważyłam, że Walter obserwuje mnie z uśmiechem.
     – Szybko się tu zaaklimatyzowałaś – stwierdził.
     – Nie nazwałabym tego tak – odparłam, spoglądając na niego. – Po prostu nie chcę, by było tu pusto. Jeszcze długo się nie przyzwyczaję.
     – Rozumiem. Masz na to czas.
     Skinęłam głową w odpowiedzi. Wiedziałam, że mam czas na oswojenie się z nowym miejscem, co – odrobinę paradoksalnie – dawało mi poczucie spokoju. Było to poczucie złudne, które znikło równie szybko, jak się pojawiło. Cała pewność siebie, którą budowałam w sobie przez kilka dni od potwierdzenia przeprowadzki, wyparowała już kilka godzin po tym fakcie.
     Pokonały mnie samotność i cisza. Wieczorem, po powrocie z pracy i spędzeniu chwili w kuchni na rozmowie nad kubkami z kawą, udałam się najpierw do łazienki, a później do swojego pokoju. Od początku czegoś mi brakowało, jednak nie od razu zrozumiałam, czego. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, co to takiego.
     Nie czułam obecności Waltera w tym samym pokoju, nie mogłam wsłuchać się w jego oddech. Poirytował mnie brak czegoś, co kiedyś utrudniłoby mi zaśnięcie. To nie była kwestia jego obecności, ale obecności kogokolwiek, kogoś, kto byłby lekiem na mój niepokój. Tymczasem po raz pierwszy od dłuższego czasu byłam naprawdę sama.
     Miałam wrażenie, jakby moje uczucia znalazły się na karuzeli, której nie dało się zatrzymać. Od tęsknoty za obecnością Waltera u mojego boku przeniosłam się do jeszcze silniejszej tęsknoty za rodziną. Każde przywołanie rozmywającego się już wspomnienia twarzy któregoś z rodziców albo brata powodowało bolesny skurcz mięśnia sercowego. Ogarnęło mnie dokuczliwe poczucie bezsilności, spotęgowane dodatkowo przez otaczającą mnie ciemność. Nie potrafiłam powstrzymać łez cieknących z oczu, szlochu wstrząsającego raz po raz moim ciałem, jęków wyrywających się z gardła. Nie miałam pojęcia, jak długo trwałam w tym stanie; zaczęłam odczuwać pełną rozpaczy nieskończoność, w której minuty zlewały się ze sobą. Nie opanowałam się nawet wtedy, gdy drzwi do mojego pokoju zaskrzypiały cicho. Esesman stanął w progu i oparł się o framugę.
     – Nigdy nie płakałaś w nocy – powiedział. – Co się stało?
     Podniosłam się do pozycji siedzącej. Kilkakrotnie odetchnęłam głęboko, próbując się uspokoić.
     – Nie chcę zostać sama – szepnęłam.
     – Nie jesteś sama.
     – Jestem. W nocy bardziej odczuwa się samotność.
     – Chcesz, żebym poczekał, aż zaśniesz?
     Poruszyłam głową na znak zgody. Podszedł bliżej i usiadł na krawędzi łóżka. Sięgnął dłonią do mojej twarzy, by otrzeć łzy ściekające po moich policzkach. Uspokoiło mnie to, ale tylko na chwilę. Gdy Walter przesunął dłoń na moją szyję, zareagowałam odruchowo. Odepchnęłam jego rękę, zachłystując się powietrzem, i przytuliłam się do ściany, a pod moje powieki ponownie wcisnęły się łzy. Bardzo rzadko pozwalałam mu na dotyk, a dotychczas jego dłoń znalazła się na mojej szyi tylko raz – trzy tygodnie wcześniej, przy naszym pierwszym spotkaniu. Najwyraźniej nosiłam w sobie traumę z tym związaną. Po zobaczeniu mojej reakcji Walter wstał, mówiąc:
     – Przepraszam, nie powinienem... Pójdę już do siebie.
     – Zostań – poprosiłam. – Chcę, żebyś tu był. Ale... wystarczy, jeśli po prostu będziesz obok mnie.
     Położyłam się, nakryłam kocem i zamknęłam oczy. Poczułam, że Walter na powrót siada obok mnie i przytrzymuje mnie za rękę. Po chwili usłyszałam, jak zaczyna nucić jakąś melodię. Zdawało mi się, że gdzieś już ją słyszałam, jednak nie wiedziałam, gdzie. Jej wspomnienie stało się czystsze, gdy cichym głosem zaśpiewał krótko:
     – Przyszła noc, cicho jest
Ciemność wciąż otacza mnie
Śpij spokojnie, nie śpij źle
Ja nad Tobą czuwać chcę...
     Nie słyszałam tych słów od wielu lat, jednak potrafiłam związać je z wczesnym dzieciństwem i moim ojcem, który śpiewał mi je kiedyś na dobranoc. Nie sądziłam, że jest na tyle stara, bym mogła usłyszeć ją po przeniesieniu się w czasie o ponad osiemdziesiąt lat wstecz, jednak miałam siły na zastanawianie się, w jaki sposób pojawiła się w mojej rodzinie. Walter nie przestawał nucić, a mnie powoli ogarniał spokój, aż w końcu odpłynęłam do krainy snów.
     Kiedy ocknęłam się po kilku godzinach, w pokoju wciąż panował półmrok, chociaż w wyraźny sposób rozpoczynał się dzień. Pomimo skołowania związanego z wieczornym płaczem czułam się wyspana, więc nie próbowałam na powrót zasnąć. Wstałam i udałam się do łazienki. Ochlapanie twarzy zimną wodą pomogło mi ostatecznie się rozbudzić. Po odbyciu porannej toalety postanowiłam zrobić sobie kawy. W drodze do kuchni minęłam pokój Waltera. Drzwi były uchylone. Nie potrafiłam oprzeć się pokusie zajrzenia do środka. Mężczyzna jeszcze spał, leżąc w łóżku na wznak, z rękoma rozrzuconymi szeroko na wysokości głowy, jakby rozkoszował się tym, jak wiele miejsca do spania ma teraz. Uśmiechnęłam się na ten widok. Patrzyłam na jego spokojną twarz dłuższą chwilę, aż w końcu burczenie w brzuchu przypomniało mi, gdzie się kierowałam.
     Przy nastawianiu wody na kawę i wsypywaniu ciemnobrązowego proszku do szklanki podświadomie zaczęłam nucić kołysankę, którą przed snem zaśpiewał mi Walter. Nie potrafiłam przypomnieć sobie całości tekstu, jednak melodia uporczywie krążyła w mojej głowie. Byłam tak nią zaaferowana, że dopiero po chwili usłyszałam świst czajnika. Możliwie najszybciej zdjęłam go z kuchenki, jednak przeraźliwy pisk zdążył obudzić Waltera, który – trąc zaspane oczy – stanął w drzwiach kuchni.
     – Z tej całej samotności chyba oszalałaś – stwierdził ostrym tonem. – Jest piąta rano, kobieto, mogłaś wstać nawet dopiero za dwie godziny.
     – Chcesz kawy? – zapytałam, puszczając jego pogardliwą uwagę mimo uszu.
     Skinął głową na potwierdzenie i usiadł przy stole. Podałam mu szklankę z gotową kawą, po czym przygotowałam napój również dla siebie. Zajęłam miejsce naprzeciwko mężczyzny i obserwowałam, jak pije. Chociaż starałam się tego nie okazać, w dziwny sposób przestraszyłam się jego słów otrzymanych na powitanie. Powoli zacierał się w mojej głowie jego obraz jako dobrego wewnątrz i złego na zewnątrz, zaczęłam odnosić wrażenie, że już w głębi duszy był człowiekiem o podwójnej naturze. Chociaż pozwolił mi poznać się od delikatnej, można by powiedzieć – altruistycznej strony, zdawał się też być pełen jakby wrodzonej, głęboko zakorzenionej nonszalancji i arogancji, które nie zawsze potrafił kontrolować i które umożliwiały mu wypełnianie zadań esesmana. Musiał zauważyć mój niepokój, bo przy odstawianiu szklanki powiedział:
     – Przepraszam, że tak zareagowałem. Dobrze się czujesz?
     Skinęłam głową, po czym powiedziałam:
     – Nie przepraszaj. Chyba przyzwyczaję się, że łatwo cię zirytować.
     Jedyną odpowiedzią, jaką od niego otrzymałam, było drgnięcie kącika jego ust. Przebiegle zmienił temat, pytając:
     – Śniłaś o czymś? Pierwszy sen w nowym miejscu może się spełnić.
     Miałam przed oczami mgliste wspomnienie obrazów ze snu, jednak były one tak zamazane, że nie potrafiłam określić, w jakim świecie znalazłam się w nocy, choć mogłabym je rozpoznać, gdybym do niego powróciła. Odpowiedziałam:
     – Niestety nie pamiętam. Najwyraźniej będzie mi dane przekonać się, o czym śniłam dopiero wtedy, gdy się spełni.
     – Zaczynam mieć wrażenie, że Goebbels potrafi zaglądać w głąb ludzkich dusz. – Kiedy spojrzałam na niego pytająco, wyjaśnił: – Zdarza ci się mówić bardzo wymyślnie, ale jednak na temat, trafiając w sedno, tak, jak to robią politycy. Jeśli on wywinduje cię na wyższe stanowisko w ministerstwie, to ty na pewno się na nim sprawdzisz.
     Spuściłam wzrok z zawstydzeniem. Nie potrafiłam przyjmować komplementów, a wyczułam, że te słowa były właśnie komplementem z jego strony. Nie odpowiedziałam, również on nie kontynuował tematu. Zamiast tego zapytał:
     – Jesteś głodna? Zrobię coś do jedzenia.
     – Nie, na ten moment dziękuję. Pójdę się ubrać.
     Po tych słowach wymknęłam się z kuchni do swojej sypialni. Czułam potrzebę, by zostać samotnie z własnymi myślami. Zaczęłam się przebierać, ponownie nucąc kołysankę. Chociaż powoli przyzwyczajałam się do życia bez mojej prawdziwej rodziny, nie potrafiłam w pełni zdusić w sobie tęsknoty, którą rozbudziła melodia. Zacisnęłam powieki, kilkakrotnie odetchnęłam głęboko, by nie pokazać po raz kolejny swojej słabości. Wyszłam na przedpokój, gdzie napotkałam Waltera, przebranego już w mundur. Oboje byliśmy już gotowi do pracy.
     Wkroczyłam do budynku ministerstwa o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Idąc jego korytarzami, dziwiłam się, jak wielu ludzi jest już o tej porze w pracy. Jedną z nich był sam Goebbels. Na mój widok uśmiechnął się delikatnie.
     – Dzień dobry – pozdrowiłam go.
     – Dzień dobry – odparł. – Gdzie jest Walter?
     Zadawał mi to pytanie praktycznie co rano i wiedziałam, że bardzo dobrze zna odpowiedź, jednak posłusznie jej udzieliłam:
     – Walter zdecydował się poczekać chwilę przed wejściem.
     W pierwszych dniach sądziłam, że miał nadzorować okolicę ministerstwa i kancelarii, jednak zbyt często spotykaliśmy się w budynku. Podejrzewałam, że pali, jednak nigdy nie robił tego przy mnie, w przeciwieństwie do Goebbelsa, który przed paleniem w mojej obecności nie miał żadnych oporów. Zaprosił mnie do swojego gabinetu, gdzie – zapalając papierosa – zaczął wyjaśniać:
     – Na przełomie sierpnia i września w Norymberdze odbędzie się zjazd partii. Będę miał w związku z nim specjalne zadanie dla ciebie. Będzie tam nagrywany film...
     – Leni Riefenstahl... – wyszeptałam do siebie nazwisko reżyserki, o której wiedziałam, że kręciła filmy propagandowe dla Trzeciej Rzeszy.
     Minister musiał usłyszeć moje słowa, gdyż zapytał:
     – Znasz ją?
     – Nazwisko obiło mi się o uszy – powiedziałam szybko.
     Spojrzał na mnie odrobinę podejrzliwie. Po chwili milczenia kontynuował:
     – Chciałbym, żebyś pomogła pannie Riefenstahl. To będzie twoje pierwsze poważne zadanie, więc postaraj się.
     – Oczywiście, panie ministrze. Będę pomagała najlepiej, jak potrafię.
     Bez słowa usiadł za biurkiem. Zrozumiałam to jako znak, że mogę już odejść. Chociaż Goebbels nie patrzył na mnie, dygnęłam i wyszłam z jego gabinetu.
     Na korytarzu czekał na mnie Walter.
     – Czego od ciebie chciał? – zapytał.
     – Będę pomagać w kręceniu filmu na zjeździe partii – wyjaśniłam krótko.
     – Zaczyna być poważnie – stwierdził, uśmiechając się półgębkiem.
     Pokiwałam krótko głową, milcząco zgadzając się z jego słowami. Zaczynało być poważnie – może nawet zbyt poważnie.